O autorze
Zawodowy sceptyk i pesymista

Państwowa taca

Rząd, jak powszechnie wiadomo, jest od tego, by dawać potrzebującym. Potrzebujący to rzecz jasna MY – ludzie ciężkiej, często fizycznie wyczerpującej pracy. Pomimo, że nawet w Mateczniku Etosu prawa pracownicze wymagają zorganizowanej ochrony, większość przeciętnie rozgarniętych związkowców prawdopodobnie załapała już, że Tusk - choć na ciepłej posadce darmozjada - z własnego nie wyłoży. Kolejka chętnych długa, państwowa koszula jak zwykle przykrótka, trwa zatem walka o to, na co ograniczone zasoby wyłożyć należy.

Obok mniej czy bardziej zbożnych celów, których realizację zagwarantować powinna redystrybucja naszych podatków, na czoło próbują wysunąć się dziś taksówkarze, depczący po piętach hierarchom kościelnym. Oba przypadki – w czym nie ma nic zaskakującego – posiadają element wspólny – niechęć do podejmowania działań na rzecz poprawienia swojej sytuacji. Kazimierz Sowa słusznie pisze o rewolucji mentalnej, zmuszającej Kościół do przestawienia się na aktywne pozyskiwanie funduszy bezpośrednio od wiernych, w miejsce dotychczas łatwego pieniądza z tacy państwowej. Oczywiście nie zmienia to w żaden sposób faktu, że nawet dobrowolny odpis od podatku jest tylko inną formą udziału w daninie publicznej i stanowi de facto nadal pomoc państwa.



W interesie taksówkarzy natomiast jest utrzymywanie ograniczenia możliwości świadczenia tych samych usług przez szersze kręgi zainteresowanych. "Nie może być tak, że każdy może być taksówkarzem" - grzmi przedstwiciel Zrzeszenia Transportu Prywatnego. Tymczasem, minister Gowin wskazuje, że deregulacja w sektorze usług oznaczać może piętnastoprocentowy spadek cen, a więc i odpowiednie umniejszenie przychodów dotychczasowych kierowców. Zadziałać mają zapewne mechanizmy rynku – jak choćby świadomy wybór klienta pomiędzy tańszą usługą akceptowalnie niższej jakości, a bardziej pewnym droższym profesjonalistą.

Przyznam, że jestem pesymistycznie nastawiony do sprawczej roli świadomości 80% konsumentów czegokolwiek. Po drugie, zakorzenione w wielu cwaniactwo nie zachęci zainteresowanych do inwestowania w atrakcyjność własnej oferty, być może po ułatwieniu dostępu do zawodu łatwiej będzie rąbać klienta na słynne „złotych dwadzieścia” za kilometr.

Wiara w cudowne działanie niewidzialnej ręki rynku może się odrobinę zachwiać po wielu dotychczasowych ustępstwach wobec licznych grup wymuszaczy. Trend szukania łatwiejszych niż własna przedsiębiorczość rozwiązań wskazują zarówno protesty hierarchów, jak i taksówkarzy. Po co szukać dróg na zarobienie więcej od klienta (czy wiernego w przypadku Kościoła), skoro wystarczy grozić brakiem politycznego wsparcia, albo zablokować ulice w godzinach szczytu?
Trwa ładowanie komentarzy...