Jak minister kulturę otwierał

Spuścizna Janusza Korczaka zostanie udostępniona w Internecie – czytamy w komunikacie Instytutu Książki. Zaprezentowana przy okazji przez Ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego Otwarta Licencja Edukacyjna, z otwartością wiele wspólnego nie ma. Sporo mówi natomiast o koncepcji dostępu do dóbr kultury, promowanej przez Pana Ministra.

Bogdan Zdrojewski już wcześniej dał się poznać jako orędownik ograniczonego dostępu do kultury – między innymi promując firmowaną przez ZPAV oraz Hirka Wronę inicjatywę “Bądź świadomy”, z której działań edukacyjnych można dowiedzieć się, iż pobieranie plików muzycznych odbywa się niezgodnie z prawem. Sam Hirek Wrona nazywa rzecz złodziejstwem wyssanym zresztą przez Polaków z mlekiem matki. Wsparcie Zdrojewskiego dla wątpliwej akcji stanowi wyraźnie część oficjalnej polityki ministerstwa, sprokurowana właśnie instytucja prawna stanowi bowiem narzędzie służące ograniczaniu dostępu do objętych nowym rodzajem licencji utworów. Wbrew swojej nazwie, nie zapewnia otwartego dostępu do dóbr kultury.



Komentarz Jarosława Lipszyca, prezesa Fundacji Nowoczesna Polska

Licencja zaproponowana przez Instytut Książki to niestety bubel prawny. Nie tylko dlatego, że na stronach Instytutu zamieszczono coś, co wygląda jak wzorzec do budowania licencji, a nie ostateczna wersja. Przede wszystkim dlatego, że nie spełnia zacnych zamierzeń zapowiadanych przez Instytut. Zgodnie z deklaracją opublikowaną na stronach Ministerstwa Kultury oraz w wypowiedziach ministra Zdrojewskiego, licencja ta powinna zezwalać na w pełni swobodne korzystanie z utworu osobom prywatnym oraz instytucjom naukowym i edukacyjnym. Dokładna lektura tekstu licencji szybko pozbawia nas złudzeń: ta licencja ma zakres w zasadzie identyczny z tym, co i tak już obywatele i instytucje edukacyjne mają prawo robić zgodnie z zapisami o dozwolonym użytku w prawie autorskim.

Przedstawianie takiej licencji jako "otwartej" to już jest hucpa. Jest taki dowcip, że kiedy przepali się żarówka można wkręcić nową, albo ogłosić nowy standard jasności. Instytut Książki postanowił pójść tą drugą drogą.

Treści, by mogły być uznane za otwarte, muszą być publikowane na wolnej licencji, czyli zgodnej z bardzo ścisłą definicją określoną w dokumencie "Definicja Wolnych Dóbr Kultury". Ten dokument jest stosowany m. in. przez Wikipedię do sprawdzania, czy treści faktycznie są otwarte i mogą być zamieszczone w serwisie.

Podstawowe założenia tego dokumentu to zagwarantowanie minimalnych praw dla wszystkich użytkowników: niczym nieograniczonego prawa dostępu, rozpowszechniania, tworzenia adaptacji i rozpowszechniania adaptacji. Licencja Instytytu Książki gwarantuje tylko to pierwsze - prawo dostępu - a więc zgodnie z zasadami musi być uznana za licencję zamkniętą. Nie jest ona publiczna, bo licencjobiorcą może być tylko instytucja, ogranicza wykorzystanie do celów edukacyjnych i naukowych, wreszcie nie gwarantuje prawa do tworzenia adaptacji, utworów zależnych, remiksów itd.

Dlatego fatalnym pomysłem jest jej wykorzystanie do publikacji Korczaka. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. W końcu Korczak w najgorszym wypadku za 4 lata ostatecznie przejdzie do domeny publicznej. Znacznie groźniej brzmią słowa o tym, że zaraz na tych warunkach rozpocznie się publikacja lektur szkolnych.
Trwa ładowanie komentarzy...